›  Universum
›  Strona główna
›  Forum
›  XIPOG PBF
›  ALBUM
›  Szybko! Blog


Autor Era 4 - Nadzieja umiera ostatnia


Wiek: 25
Posty: 9886
94 Pok/ów



Rozwiń/Zwiń






Era 4 - Nadzieja umiera ostatnia 25 Cze 2011 08:43
Prolog


Wbrew wszelkim badaniom, Tajemnicza Moc, która tak samo nagle się pojawiła, jak i zniknęła pod wyspami Archipelagu Pomarańczowego, nie zniknęła całkowicie. Różne wskaźniki zawsze wyczuwały jej obecność, jednakże od kilku lat była ona znacznie osłabiona. Nikt nie przypuszczał, żeby Tajemnicza Moc w jakiś sposób mogła się odrodzić…

W zasadzie, wielu rzeczy nikt się nie spodziewał. A już na pewno tego, iż nad Archipelagiem Wysp Pomarańczowych pojawi się legenda, która kilka dekad temu stanowiła realne zagrożenie dla świata – Mroczna Lugia. Co prawda, nie wyrządziła wielu krzywd na wyspach, jednakże w dziwny sposób potrafiła przejąć znaczną część Tajemniczej Mocy, a przede wszystkim – potrafiła ją obudzić. Tym samym, połączenie mitologicznej mocy Mrocznej Lugii oraz Mocy, o którą jeszcze tak niedawno walczono, spowodowało, że w ciele dawnej legendy narodziło się nowe stworzenie, ale z jeszcze większą nienawiścią w sercu…


Część I


- Źle się dzieje, mój przyjacielu.
Chłodny i metaliczny głos rozbrzmiał w słabo oświetlonej Sali. Właścicielem głosu był niewysoki blondyn, siedzący za kamiennym stołem i bawiący się piórem. Po drugiej stronie pomieszczenia dość nerwowo krążył wysoki, solidnie zbudowany szatyn. Widać było, że jakaś wiadomość go trapi. Niespokojny chód, wyraźne zniecierpliwienie, krążenie od punktu do punktu.
- Źle, powiadasz? Nic więcej? – mruknął w pewnym momencie szatyn, kiwając z żałością głową. – Jakaś nieznana energia, będąca w ciele jednej z legend, panoszy się po całym świecie i wybija wiele ważnych osób, a ty tylko podsumowujesz to, że „Źle się dzieje”? – powiedział już nieco głośniej, wpatrując się w jeden z bogato zdobionych arrasów.
- Co mogę więcej powiedzieć? – po krótkiej chwili milczenia odpowiedział blondyn, odkładając pióro. – Wiem o tej bestii niewiele i nie chcę tracić ludzi na nadaremną potyczkę z nią. – dodał, podnosząc się z krzesła. Dopiero teraz można było dostrzec, z jaką elegancją ubiera się blondyn – czarna kamizelka, biała koszula i spodnie garniturowe wyraźnie nadawały mu powagi. Jego rozmówca wydawał się teraz dość pospolity – ubiór wydawał się być codzienny, niczym nie odbiegający od ubioru roboczego.
- Zginęło już wystarczająco dużo osób. Powiedziałbym, że nawet za dużo. – westchnął szatyn, zbliżając się do szkarłatnego arrasu. – Kilka godzin temu dostałem wiadomość o śmierci Flannery oraz Brawly’ego. Musimy szybko działać albo szykować nową ósemkę liderów. To już zmierza zbyt daleko. – dodał oschle, wyglądając przez okno. Lekki i ciepły powiew bryzy morskiej starał się orzeźwić jego twarz, jednak nadaremnie. Wydawało się, że szatyn miał dzisiaj bardzo ciężki dzień…
- Jutro z rana zajmę się wszystkim. Roześlę wiadomości o nowych liderach i wyślę kilku ludzi, by znaleźli i chociaż opisali bestię. – postanowił blondyn , krzyżując ręce na piersiach. Szatyn skinął głową i zaczął iść w stronę drzwi. Gdy położył dłoń na klamce, zatrzymał go jeszcze głos blondyna:
- Mam nadzieję, że znajdziesz czas, by przyjąć nowych liderów i pokazać im ich miasteczka? Przy dobrych wiatrach chętni pojawią się za trzy, no ewentualnie cztery dni.
Szatyn delikatnie pchnął drzwi i z lekkim uśmiechem pokręcił głową.
- Co ty byś beze mnie zrobił? – powiedział niezbyt głośno, odkręcając się na pięcie.
- Zapewne zginął przy pierwszej dogodnej okazji. – odpowiedział mu śmiech blondyna, który lekkim skinieniem dłoni pożegnał się i powrócił do czytania najnowszych informacji z regionu Hoenn.

***


Przełom kwietnia i maja był, wbrew wszelkim prognozom, niezwykle słoneczny, ciepły oraz – przede wszystkim – spokojny. Pogoda jakby chciała ludziom pomóc zapomnieć o ostatnich katastrofach, związanych z pokemonem, który przejął Tajemniczą Moc znad regionu Wysp Pomarańczowych. I doskonale jej to wychodziło, bo plaże Slateport cieszyło się tak wielką popularnością, jakby trwał teraz okres wakacji. Ludzie korzystali z dogodnej okazji, by ochłodzić swoje zmęczone ciała w chłodnej, morskiej toni, podobnież pokemony. Wszystko zdawało się powrócić do normy, ale wciąż nie wiadomo było, kto ma objąć Sale Walk w Lavarige oraz Deford. Pewne było tylko to, że te dwie osoby właśnie płynęły promem S.S. Archibald w stronę nadmorskiego kurortu.
Niedaleko miejsca, do którego miał zawinąć prom, zbierał się tłum osób, by powitać przybywających turystów, tutejszych, czy po prostu czekać na przesiadkę, by uciec od Tajemniczej Mocy. Nieopodal tłumu znalazło się kilka osób, które usiadły na ławkach, by umilić sobie czekanie wygodą. Na jednej z tej ławek siedział ten sam szatyn, który przed kilkoma dniami dostał polecenie przyjęcia nowych liderów. Nie był zainteresowany Archibaldem, bardziej interesowały go jego własne rysunki na okładce „Dziennika Hoenn”.
- Wszystko układa się w jedno… - zamruczał, zwijając gazetę i wsadzając ją do torby. Wyjął za to dwa zdjęcia, przedstawiające osoby, mające od 18 do 23 lat. Najprawdopodobniej przedstawiały one dwójkę nowych liderów. Szatyn mimowolnie przeniósł wzrok na prom, z którego zaczęli już wysiadać pasażerowie i zaczął szukać osób, które przedstawiały zdjęcia. Cicho westchnął, poprawił torbę, która wisiała mu przy boku i ruszył w stronę powiększającego się tłumu. W dłoni cały czas trzymał dwa zdjęcia..

- Cześć! – z intensywnych poszukiwań Szatyna wyrwał ciepły i dość piskliwy głos dziewczyny, dobiegający zza niego. Młodzieniec odkręcił się, by zobaczyć, kto próbuje przerwać jego poszukiwania, ale nie spodziewał się TEJ osoby. By się upewnić, zerknął na jedno ze zdjęć.
- Pewnie mnie szukasz. – zawołała czarnowłosa dziewczyna, ubrana w białą, zwiewną koszulkę oraz krótkie szorty. Jej czarne, niczym smoła, włosy opadały na ramiona, a jej uśmiech sprawiał wrażenie, że nigdy nie schodzi z twarzy właścicielki.
- Jestem Lana. A ty to pewnie Nicolas, zgadłam? Miło mi ciebie poznać. – dziewczyna wypowiadała kilkanaście słów jednym ciągiem, mimo to mówiła płynnie i wyraźnie, jakby wypowiadała to wszystko z kilkoma przerwami. Przyjaźnie wyciągnęła dłoń na powitanie, oczekując podobnej reakcji. Nie zawiodła się.
- Tak, zgadłaś. – mruknął nieco zdziwiony Nicolas, przeczesując lewą ręką swoje włosy. Gdy dziewczyna się rozejrzała, dopiero wtedy zauważył, iż jej włosy nie są jednolitego koloru – pasemka były wyraźnie zabarwione na czerwono.
- Nie widziałeś tutaj takiego jednego chłopaka? – spytała się dziewczyna, ponownie się rozglądając.
- Fioletowa koszulka, jeansy, jasnobrązowe włosy postawione na jeża? – zaczęła opisywać, kiedy Nicolas zerknął do drugiej fotografii. Miał rację – Lana opisywała drugiego potencjalnego lidera.
- To chyba on. – Nicolas kiwnął głową w stronę opisywanego chłopaka, który właśnie schodził z pokładu. Za nim dość ostrożnie maszerował mały Krabby. – I tak się składa, że również go szukam. – dodał z lekkim uśmiechem, po czym ruszył w jego stronę. Czarnowłosa dziewczyna wydawała się być nieco zdziwiona, ale po krótkiej chwili obserwacji ruszyła za swoim nowym znajomym.

***


Pogoda nad Slateport wydawała się zmieniać. Na niebie pojawiły się pierwsze, niewielkie chmury, a na tą nagłą zmianę małe stado Pidgey’ów zareagowało donośnym krzykiem, po czym wszystkie odleciały. Nikt jednak nie zwrócił na nie uwagi, każdy żył swoim życiem…
- Jeszcze dziś postaram się, byście dotarli na swoje nowe miejsca pracy. A od jutra będziecie mogli już przyjmować żądnych walk trenerów. – zakończył dłuższy monolog brunet, wstając z ławki. Czarnowłosa dziewczyna przyglądała mu się z ogromnym zaciekawieniem, zaś druga osoba, chyba jako jedyna w okolicy, spostrzegła nagłą zmianę pogody. Troth, bo tak się nazywała ta osoba, stał za ławką i spoglądał na jeden z leniwie płynących obłoków…
- Czy nagłe zmiany pogodowe są tutaj normą? – spytał się, ciągle obserwując jeden punkt na niebie, który zdawał się wręcz rosnąć.
- Teraz nie, ale przed kilkoma laty… - mruknął Nicolas, oglądając się w stronę nowego lidera miasteczka Dewford. Po krótkiej chwili i on zauważył zwiększający się punkt na niebie.
- Cho*era. – syknął, robiąc kilka kroków naprzód, by móc lepiej przyjrzeć się nadlatującemu obiektowi, który ciągle rosnął. W oczach Nicolasa zdawało się zauważyć zaskoczenie oraz lęk. A przede wszystkim – nerwy.
Z każdą minutą jego obawy się urzeczywistniały. Moc powracała, prowadząc za sobą olbrzymią falę tsunami. Niszczycielska fala, która zawsze towarzyszyła Mocy była już wyczuwalna na brzegu, to właśnie z jej powodu nastąpiła nagła zmiana pogody. Teraz tylko był już wzmagający wiatr, narastający deszcz i panika. Panika ludzi, którzy znali Niszczycielską Moc.

  
Rozwiń/Zwiń Sygnaturę



Wiek: 25
Posty: 9886
94 Pok/ów



Rozwiń/Zwiń






22 Lip 2011 10:35
Część II
Cudowne dziecko techniki


W tym samym czasie, gdy Mroczna Lugia nadlatywała nad Slateport, ludzie na Wyspach Pomarańczowych doświadczyli bardzo dziwnego zdarzenia. Wielu z nich zobaczyło czarną sylwetkę dużego ptaka krążącą tu i ówdzie, natomiast niektórzy przysięgali, że nie było niczego czarnego, ale widzieli biały bliżej nieokreślony kształt. Ludzie przekazywali sobie plotki. W końcu uznano, że nad jedną częścią archipelagu krążyła Mroczna Lugia, a nad drugą Świetlna Lugia. Nie było to zgodne z prawdą, gdyż, jak wiadomo, Mroczna Lugia atakowała wtedy Slateport. Wielu ludzi uciekło z Wysp do bezpieczniejszych miejsc, takich jak region Sinnoh, jednak wielu zostało, by baczniej obserwować to niezwykłe zjawisko. Niestety, nie mieli ku temu okazji, ponieważ pewniej nocy na niebie pojawiły się fioletowe fajerwerki, po czym osobliwe czarno białe zjawisko zniknęło. Jak w rzeczywistości było naprawdę, tego nie wiedział nikt. Nikt, poza dwoma osobami...

***



Czarnowłosy chłopak poprawił "oficjalną czapkę Ligii Kanto", którą dostał osiem lat wcześniej na swoje urodziny i do dzisiaj się z nią nie rozstawał. Nakrycie głowy musiało być założone daszkiem w tył, w przeciwnym razie zostało by porwane przez silniejszy podmuch wiatru. Nagle usłyszał skrzek.
- Ciszej, ciszej, już prawie jesteśmy. - mruknął w stronę czarnych okularów Honchkrow.
Zerknął w dół, jednak pod sobą zobaczył tylko ciemną powierzchnię oceanu. Sytuacja, w której się znalazł, nie była dziwna, gdyby nie fakt, że leciał nad archipelagiem Wysp Pomarańczowych w łopocącym na wietrze białym płaszczu. Na czym leciał? Na jednym ze swoich czterech zaufanych pokemonów, na Honchkrow. Nigdy nie miał z nią kłopotów, dlatego jej skrzek zaniepokoił go. Co mogło wywołać strach w jego niepokonanej (głównie z powodu czarnych okularów wzmacniających siłę mrocznych ataków) Honchkrow?

Nie zdążył się jednak nad tym zastanowić, gdyż poczuł wibracje dochodzące z jego skórzanej torby. Odpiął ją i zaczął grzebać w stercie różnorakich rzeczy, takich jak wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne, zestaw do zdejmowania odcisków palców, luminal czy proszek swędzący. Wreszcie chwycił źródło brzęczenia i wyciągnął komórkę naciskając klawisz odbioru. Z głośnika rozległ się głos mężczyzny.
- I jak, Dan, jesteś już na miejscu?
- Chwileczkę szefie. - powiedział Dan i znowu sięgnął do torby.
Szybko wyciągnął z niej słuchawkę, którą zaczepił o ucho, a następnie przełączył rozmowę na nią.
- Zbliżamy się. Cały czas śledzę naszą pozycję na okularach. - mruknął.
- To świetnie. Pamiętaj, od twojej misji zależy cała przyszłości naszej organizacji. - usłyszał odpowiedź.
Rozmówca rozłączył się, a Dan przełączył tryb swoich okularów na noktowizor. Telefon od szefa przypomniał mu zdarzenie sprzed siedmiu lat, które zmieniło jego życie.

***



Dan miał wtedy zaledwie dziesięć lat i rozpoczął swoja brawurową podróż po Hoenn, która zakończyła się niespodziewanie szybko po walce z Regigigasem. Gdy wrócił ze świątyni Snowpoint, zabłądził w jaskini Dewford. Skończyłoby się to tragicznie, gdyby nie spotkał pewnego mężczyzny w czarnym płaszczu. Ów osobnik okazał się przywódcą tajnej organizacji, która była zbyt tajna, żeby wymienić tu jej nazwę. Zwerbował Dana i zabrał do ośrodka szkoleniowego, gdzie chłopak odkrył swoje trzy największe talenty: technikę, chemię i walki pokemon. Został poddany intensywnym szkoleniom i po trzech latach stał się wreszcie profesjonalnym agentem organizacji. Został wysłany do głównej bazy, gdzie szef przyjął go z uznaniem. Od tej pory dostawał najtrudniejsze zadania, które wykonywał z pomocą swoich czterech zaufanych pokemonów, skomplikowanych urządzeń elektronicznych oraz badań naukowych przeprowadzanych ze znakomitą dokładnością. Misja, jaką teraz dostał okazała się jak na razie najtrudniejszą ze wszystkich, a chłopak zbliżał się do zakończenia jej pierwszego etapu.

***



Honchkrow zwariowała. Dan ledwo mógł nad nią zapanować. Chwycił się kurczowo piór na grzbiecie starając się nie puszczać i cały czas uspokajając pokemona. Niestety, to nie poskutkowało. Chłopak był zmuszony wyciągnąć swoja ostateczną broń. Przełączył przycisk w swoich okularach, które najwyraźniej były połączone z czapką. Dlaczego? Ponieważ po chwili wysunęło się z jej czubka śmigło. Młody agent schował wciąż wierzgającą się Honchkrow i wyciągnął z torby pad kontrolny. Znowu przełączył okulary i uzyskał swój widok z lotu ptaka. Zgrabnie wduszał kciukami odpowiednie przyciski i w końcu wylądował na stałym ladzie.
- No dobrze, skoro już tu jesteśmy, pora znaleźć źródło. Raichu! - krzyknął wypuszczając pomarańczową mysz. - Posłuchaj, szukaj śladu gigantycznej energii, który znajduje się gdzieś na tej wyspie.
Podczas gdy pokemon odbiegł w poszukiwaniach, Dan postanowił zwiększyć swoje szanse i wyciągnął z torby kolejne urządzenie. Włączył je i natychmiast zaczęło pikać.
- Tak blisko? - zdziwił się. - A więc to naprawdę mogło wydarzyć się TUTAJ. No, Danskanerze, pokaż mi, gdzie wystąpiło owo "Kaboom".

Chłopak kręcił się chwilę po wyspie, aż wreszcie znalazł odpowiedni kierunek. W miarę tego, jaką długość przeszedł, pikanie stawało się głośniejsze. Po kilku minutach pełnych napięcia dotarł na środek wyspy, gdzie zobaczył swojego Raichu. Pokemon był przerażony i biegł w jego stronę.
- Ty też? - zdziwił się Dan.
Schował swojego podopiecznego w Pokeballu i ruszył w stronę krateru. Wcześniej dobrze skryty za drzewami, teraz był wyraźnie widoczny. Dotarł na skraj i spojrzał w dół.
- A niech to, środek schodzi poniżej morza. - mruknął. - To oznacza, że będę potrzebował Lombre.
Chwycił kolejnego Pokeballa i wypuścił zielonego pokemona. Ten nie zaniepokoił się, co, jak podejrzewał Dan, wynikało z jego częściowo bezmyślnej odwagi. Lombre poinstruowany przez trenera wyruszył w głąb krateru i wpłynął pod wodę. Chłopak czekając na jego powrót wyjął z torby śmieszny kompas, który nie miał igły.

***



Zapadła noc. Dan znudził się czekaniem na pokemona i przysypiał lekko. Około północy obudziła go mała eksplozja. Otworzył oczy i poderwał się na równe nogi. Ze środka krateru biegł ku niemu Lombre. Szybko wyciągnął kompas i zbiegł na dół. Minął swojego pokemona i przykucnął przy granicy wody. Kolejna eksplozja wstrząsnęła kraterem, jednak Dan czekał cierpliwie. Wreszcie z krateru wystrzeliła fioletowa smuga - resztka energii, która wzmocniła Mroczną Lugię. Chłopak zanurzył kompas w smudze i szybko go zamknął. Energia wystrzeliła w niebo, gdzie wybuchła. Nie zniknęła jednak całkowicie, ponieważ jej część trzymał Dan, zamkniętą w kompasie. Utworzyła ona cienka linię biegnącą przez środek przedmiotu. Chłopak wyciągnął komórkę i szybko wykręcił numer.
- Szefie, zadanie wykonane. Uwięziłem resztkę energii w kompasie skonstruowanym przez naszych naukowców. Jeśli naprawdę wskazuje on kierunek, w którym znajduje się Mroczna Lugia, to znajduje się ona gdzieś w Hoenn. - powiedział.
- Dan, dzięki za twoje nieocenione informacje! Bez tego nie zauważyłbym w ogóle, że nasz cel pustoszy Slateport. Włącz kanał wiadomości w okularach! - krzyknął rozwścieczony głos. - A teraz leć ją dorwać, zanim będzie za późno!
- Tak, szefie. - wymamrotał Dan.

Słońce właśnie wschodziło, gdy Dan Kaboom wylatywał z archipelagu Wysp Pomarańczowych. Miał przed sobą trudną misję, której pierwszy etap dopiero się zakończył. Miał uwięzić Mroczną Lugię i przetransportować ja do siedziby organizacji. Jednak czy jeden człowiek wspomagany przez technikę zdoła podołać temu wyzwaniu? I jak długo zajmie mu dotarcie do Hoenn? I wreszcie, jakie są prawdziwe zamiary tajemniczej organizacji?

Odcinek drugi napisał 9Tales
  
Rozwiń/Zwiń Sygnaturę



Wiek: 25
Posty: 9886
94 Pok/ów



Rozwiń/Zwiń






12 Sie 2011 10:32
Część III
Nieoczekiwane Wsparcie


    Gdzieś w Sinnoh, rok 2026.


- Postarał się pan, panie profesorze. – mruknął wysoki, dobrze zbudowany szatyn o zmęczonym wyrazie twarzy, który nie schodzi z jego twarzy już od 15 lat. Na oko wyglądał na trzydziestolatka. Jego lewy policzek znaczyła podłużna blizna, zapewne od jakiejś ciętej rany. To najbardziej charakterystyczny znak na ciele mężczyzny, ale nie jedyny. Skóra rąk przeplatana kolorami sinizny i czerwieni dawała do myślenia. Tak samo biała koszula z wywiniętymi rękawami, rozpięta do połowy, odsłaniająca umięśnioną klatkę piersiową, splamiona krwią i brudem. Ten człowiek miał do czynienia z czymś, co nie miało dla niego litości…
- Będzie działać? – zapytał. Równie wysoki mężczyzna, znajdujący się razem z trzydziestolatkiem w pustym pomieszczeniu, nie licząc maszyny w samym jego środku, kiwnął potwierdzająco głową. Faktycznie wyglądał na profesora. Biały, sięgający kolan fartuch i okulary na nosie. Nic dodać, nic ująć.
Maszyna to ustrojstwo nadzwyczajne. Coś, co przypominało wykonaną z metalu futrynę do drzwi było jego głównym elementem. Do owej futryny dołączone były przeróżne mechanizmy i silniki, a czemu służyły – to wiedział sam jeden profesor.
Po dłuższej rozmowie dwóch mężczyzn, ten z blizną na policzku stanął przed futryną, swoistym wejściem… Do innego świata.
- Pamiętaj, Ty, od ciebie zależy nasz los. Los całego Hoenn, naszego rodzimego miasta. Pamiętaj o tym! – w głosie profesora słychać było wzruszenie. Tylko w głosie. Ty uderzył się ceremonialnie w pierś, ale nie zdołał wykrztusić z siebie ani słowa. Po jego torsie spłynęło kilka łez. Mężczyzna w białym fartuchu przesunął wajchę. Szatyn przestąpił próg futryny i zniknął.

***


Slateport było do niedawna miastem morza i plaż, radosnych turystów, zadowolonych mieszkańców. Było rajem dla nadmorskich pokemonów i dumą całego Hoenn. Było do czasu, kiedy stopy Mrocznej Lugii tu nie postały. Fala tsunami, która niespokojnym krokiem kroczyła za mrocznym monstrum uderzyła i zalała sporą część Slateport. Całe szczęście, że meteorologowie i inni badacze zjawisk natury i nienatury zorientowali się w miarę szybko i rozpoczęto natychmiastową ewakuację, inaczej zabitych przez żywioł mogło być znacznie więcej. Tak, nie obyło się bez ofiar…
Południowa część Slateport żyje w strachu i panice. Tam fala nie dotarła, bynajmniej nie z takim impetem, by uginać drzewa i niszczyć doszczętnie budynki. Mieszkańcy żyją bez prądu. Większość zaczęła prędko wyprowadzać się z miasta do Mauville City, w niewielu przypadkach do Oldale. Nie wszyscy jednak mają takie możliwości. Niektórzy pozostali, zdani na łaskę Mrocznej Lugii, która pustoszy północną część Slateport.

***


Mroczna Lugia to stworzenie nad wyraz złowrogie i srogie dla każdego, kto stanie na jej drodze. Jej czerwone ślepia przeszywały ciemność panującą dookoła. Deszcz zacinał niemiłosiernie, a silny wiatr hulał między podtopionymi budynkami i zwalonymi drzewami. W zamuloną przez osad z głębin morza, przybyły tu wraz z falą, ziemię uderzały pioruny w towarzystwie dzikich grzmotów. Mroczna potęga zawirowała nad ziemią i wydała z siebie nieprzyjemny dźwięk. Może jest głodna, a może po prostu wściekła. Wściekłość nie opuszcza jej, od kiedy złączyła się z Mocą i narasta. Niebezpiecznie. Wnet między jej kłami poiskrzyło i potężny promień pędem błyskawicy uderzył w uginającą się budowlę. Nie zostało z niej już nic, tylko głębokie na kilka metrów wgłębienie.
I wtedy pojawił się on. Pędził na Arcanine’ie o majestatycznie gęstej grzywie, którą targały silne podmuchy wiatru. Spod łap pokemona pryskał mulisty szlam, ale to go nie zrażało. Biegł naprzód, a jego, jak można wnioskować, trener z blizną na policzku i białą koszulą, splamioną krwią i zabrudzoną ziemią miał w oczach nienawiść. Biła od niego chęć zemsty. Krzyknął coś do Arcanine’a, a ten wydobył ze swojej paszczy piękny, jaskrawoczerwony płomień, który trafił w Mroczną Lugię i odwiódł ją od wcześniejszych zamiarów demolowania kolejnych budynków.
- Widzimy się ponownie! – Ty krzyknął do monstrum unoszącego się nad ziemią, ze ślepiami jeszcze bardziej czerwonymi niż dotychczas można było to zauważyć. O ile komukolwiek zauważyć się to udało. – Ach tak, rozumiem twe zdziwienie. Ty widzisz mnie pierwszy raz. I ostatni, zapamiętaj to sobie! Nie pozwolę byś drugi raz zniszczyła…
Przerwał swą gniewną mowę, gdyż musiał uskoczyć przed kolejnym promieniem. O mały włos. Arcanine odpowiedział kolejnym płomieniem, ale potężniejszym od poprzedniego. Ognista spirala owinęła Mroczną Lugię, ale ta rozpięła swe ogromne na kilka metrów skrzydła i uwolniła się z płomieni. Zaczęła pikować wściekle w stronę Ty’a i jego pokemona. Nie zdążyli odskoczyć. Uderzyła ich swych skrzydłem i po tym odleciała. Czarny punkt na niebie zmniejszał się, aż zniknął, zlewając się z czernią nieba. Ty leżał do połowy w szlamie, a Arcanine skulony pod drzewem.
- Ona może udać się teraz wszędzie… - pomyślał szatyn i zaklął przez zęby. Uderzenie było potężne, mężczyźnie trudno było złapać powietrze. Najbardziej ucierpiała klatka piersiowa. Ty, przyciskając jedną rękę do mostku, odwrócił się w stronę swojego pokemona. Nie wyglądało to najlepiej. Mroczna Lugia to nie byle przeciwnik. To bestia, to źródło ogromnej mocy! Ty zawrócił pokemona do kuli, a sam oparł się o drzewo. Chciał się wyprostować, ale ból pokrzyżował jego plany. W takim stanie czekał. Albo na uśmierzenie bólu, albo na ratunek.
I wtedy na niebie dostrzegł zbliżający się obiekt.
- A więc powraca. Szybko… - zadumał się, wciąż spoglądając na ciemną plamę, ledwo dostrzegalną na tle ciemnego nieba. Nieznany obiekt wylądował miękko na ziemi. Okazał się nim być dorodny Honchkrow, ale nie był on sam. Z jego grzbietu zeskoczył sprawnie chłopak z charakterystyczną czapką, założoną daszkiem do tyłu. Spod niej wystawały nieliczne czarne kosmyki włosów. Prędko podbiegł do poszkodowanego.
- Kim jesteś? – zapytał z trudem Ty, ale wiedział, że ten, który stoi przed nim wyraźnie czegoś szuka. Nikt tak po prostu by się tu nie zjawił, a już na pewno nie jemu na pomoc, jeśli nie miałby jakiegoś interesu, którym jest… Mroczna Lugia.
- Dan Kaboom i tyle powinno ci wystarczyć. Widziałem twoją walkę z Lugią. Widzę, że mamy podobne cele, a także, że niezbyt z tobą dobrze. – rzucił Kaboom i rozejrzał się po okolicy. Wiedział na co stać monstrum, jednak kiwający ruch głowy mówił sam za siebie. – Nie jest dobrze.
- Nie jest. – potwierdził szeptem.
- Chciałbyś ją dopaść, ale nie masz pojęcia jak się za to zabrać. Najpierw muszę cię stąd zabrać.
Ty spojrzał na Dan’a zdziwionym wzrokiem. Wiedział jednak, gdzie uda się Mroczna Lugia. Pochodzi z przyszłości i ten atut, widać, chce wykorzystać maksymalnie. To jednak dalej udawał zdziwienie. Chyba nie chce, by wyszło na jaw, że pochodzi „nie z tego świata”. Co do tego, że „trzeba go stąd zabrać” zgadzał się w zupełności.
- Ale ty zapewne masz pojęcie. Wyglądasz na jakiegoś szpiega…
- Agenta. – poprawił prędko Ty’a.
- Agenta… - powtórzył szatyn z wymuszonym uśmiechem, który spierał się z grymasem bólu. – Myślę, że możemy się dogadać, a nawet współpracować. Chcę dopaść tą bestię, inaczej zrobi z Hoenn ser z dziurami…
Obaj zamilkli. Podjęli decyzję – współorganizacja to podstawa, by powstrzymać ziarno zniszczenia, jakie zasiewa Mroczna Lugia. Dan postanowił nie czekać dłużej i pomógł Ty’owi wspiąć się na grzbiet Honchkrow’a. Szło to dość opornie, ale ostatecznie się udało. Podczas drogi, z czasem rozjaśniało się. Deszcz ustępował, rozchmurzało się. Mroczna Lugia opuściła Slateport, pomyśleli zgodnie.
Na miejscu zastali pustkowie. Wszechobecna cisza drażniła uszy, było tu tak nieswojo. Weszli do jakiegoś opustoszałego pubu, pewnie desperacko opuszczonego przez właściciela. Ty musiał wspierać się o ramię Kaboom’a. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, pomyślał, ale szybko ta myśl się ulotniła. Usiedli w ciszy. Trzydziestojednolatek z blizną na policzku udawał, że wszystko już dobrze, że ból ustąpił, co mijało się z prawdą. Dan nie dał się nabrać, ale też nie komentował. Czuł, że musi zaopiekować się Ty’em i pomóc mu wyzdrowieć, bo razem mogą zdziałać wiele. Agent wyciągnął swój kompas z częścią Mocy.
- Kieruje się na północny wschód, czyli do Sootopolis City albo…
- Moosdeep.

Odcinek napisał Olcio
  
Rozwiń/Zwiń Sygnaturę



Wiek: 25
Posty: 9886
94 Pok/ów



Rozwiń/Zwiń






02 Wrz 2011 04:57
Część IV
Błędy


Deszcz.
Było ciemno, mimo iż pora dnia na to nie wskazywała. Zgromadzone jednak ciemne, burzowe chmury przysłoniły całkowicie słońce, na razie tylko strasząc.
W oceanie znikały kolejne strugi padającego, chłodnego deszczu. Tuż nad powierzchnią, muskając ciemną, skrywającą dobrze swe tajemnice wodę, mknął zamazany, ledwo widoczny kształt. W jego ruchach widać było furię, żądzę niszczenia i zabijania. Kierował się na południe, choć nie sposób było tego stwierdzić - każdy kierunek wyglądał identycznie.
To tu, na środku bezkresnego oceanu, miała rozegrać się kolejna bitwa.

***


- Dan... - zaczął niepewnie Ty.
Siedzieli obaj w kabinie niewielkiego, zwrotnego samolotu. Tym razem Honchkrow by nie wystarczył - było ich dwóch, a celem zatrzymanie Lugii jeszcze przed dotarciem do Mossdeep.
Na sporym, czarnym jak szatan ekranie przed nimi czerwonym jak piekło kolorem oznaczona była przypuszczalna trasa przelotu mrocznego zabójcy nad oceanem, przygotowana na podstawie jej dotychczasowego, stałego lotu. Dan jednak co chwila zerkał na swój osobliwy kompas, aby potwierdzić pozycję Dark Lugii.
Zielonym kolorem – symbolem życia i nadziei – został oznaczony ich samolot, ochrzczony mianem „Hope” - nadzieja. Należał on do korporacji, w której pracował Dan. Ty wciąż był nieufny w tej sprawie, mimo to milczał. Dopóki ma wsparcie, zamierza współpracować.
Biały jak śnieg, krzyżyk oznaczał miejsce przypuszczalnego przecięcia się trasy Lugii z ich własną. Wystartowali z Mauville, tak więc kąt nie był duży. Przyrządy wskazywały ponad sto kilometrów do spotkania Dark Lugii i moment ten nieuchronnie się zbliżał..
- Coś nie tak? - odparł młody agent. Czujnie obserwował przyrządy, pokazujące już niecałe osiemdziesiąt kilometrów...
- Gdyby mi się nie powio~ - urwał Dan, gdyż wskutek uderzenia Hydro Pump młody agent stracił na chwilę panowanie nad samolotem, którym turbulencje rzucały na wszystkie strony.
Zaświeciły się czerwone kontrolki. Kaboom natychmiast poderwał samolot wyżej, klnąc pod nosem:
- Pie*****ne ptaszysko...!
Zobaczyli ją. Mimo iż według komputera do spotkania pozostało jeszcze dobre kilkadziesiąt kilometrów, Lugia spokojnie wisiała nad oceanem nie dalej niż dwieście metrów od nich. Nie atakowała. Nie musiała. Wiedziała, że są tu po nią, że nie uciekną.
- Ty, polecisz na moim Honchkrowie. Jesteś silniejszy fizycznie, zresztą... - Ty kiwnął głową. Od początku było wiadomo, że to on będzie ryzykował, bowiem ma niewyrównane porachunki z ogarniętym Mocą ptakiem. - Skorzystaj z tego, aby ją zaatakować, osłabić. - rzekł Dan, wkładając mu w ręce ogromny bazookopodobny twór. - Wtedy musisz podlecieć bliżej i wczepić jej w skórę to... - dodał, wręczając Ty'owi małe urządzonko, przypominające strzykawkę - To ją jednocześnie uśpi na długi czas, potrzebny nam do przechwycenia jej, a także... - Dan zawahał się. - W każdym razie to wszystko. Powodzenia.
Ty kiwnął głową. Otworzył się właz. Przybysz z przyszłości westchnął głośno i skoczył w mokrą, wietrzną ciemność. Tuż za nim wyleciał Honchkrow, by przechwycić go w locie.

***

Walka trwała w najlepsze. Dan obserwował ją z bezpiecznej odległości, krążąc wokół rozgrywającej się nad coraz bardziej wzburzonymi wodami.
Honchkrow krążył wokół Dark Lugii. Miał tylko jedno zadanie - unikać wszelkich ataków legendarnego ptaka. Resztą, to znaczy kontratakami, zajmował się Ty. Na ramieniu trzymał broń otrzymaną od Dana, co chwila dociskając spust z furią, próbując trafić Lugię. Dostała, pociskiem, który rozbłysnął przy uderzeniu, elektryzując bestię. Zapachniało ozonem…

Wielkie ptaszysko runęło w dół, wyhamowując tuż nad powierzchnią. Było osłabione, kolejny Hydro Pump wyglądał bardziej jak Water Gun.
- Teraz! - usłyszał w słuchawce głos Dana Ty. Posłusznie wskazał wiozącemu go Pokemonowi cel. Honchkrow ruszył przed siebie, z wielką prędkością, spiralnym torem zbliżając się do przeciwnika. Morrison wyprostował się ostrożnie, trzymając w ręku tajemnicze urządzenie. Odbezpieczył igłę... wychylił się... wyczuł odpowiedni moment... Lugia poderwała się, igła wbiła się w jej cielsko. Tylko czy wystarczająco głęboko? Honchkrow odleciał na bezpieczną odległość, a Ty nerwowo obejrzał się na potwora. Dostrzegł czerwone, pulsujące światło na jego boku. Udało się. Naprawdę się udało.
Z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku skierował się z powrotem w stronę samolotu Dana.

***

- Świetnie ci poszło! To koniec Dark Lugii! - ekscytował się Dan, biorąc od Ty'a broń. Obaj obserwowali słabnącego ptaka, odczuwając ulgę i wierząc, że to już koniec. Lugia słabła, nie wiedząc co się dzieje. Ledwo utrzymywała się na skrzydłach. Zdawała się być bezbronna. Dan skierował samolot bliżej, posiłki były już w drodze. Mają ją. Naprawdę ją mają.
I wtedy Los spłatał im paskudnego figla.

***

Lugia była wściekła. Nikt jej nie atakował, a jednocześnie czuła, że ciągle słabnie. To było oszustwo. Szarpnęła się w spazmie bólu. Furia wzrastała w niej niczym fala przypływu... I nagle poczuła ulgę. Urządzenie, przypięte zbyt słabo pod jej skrzydłem, wyśliznęło się wreszcie ze skóry i wpadło do wody, momentalnie zabrane przez falę. To było jak nowe życie - Lugia poczuła, że znów może latać, atakować, niszczyć. A przede wszystkim, może się zemścić.
Pomknęła z furią w kierunku stalowego ptaka, który zdawał się być przywódcą agresorów.

***

Dan i Ty trzymali się dryfujących pozostałości po HOPE i starali się utrzymać na powierzchni wody. Widzieli już światła śmigłowców, które zamiast pojmać opanowanego przez Moc potwora mieli wyławiać własnych agentów. Przemoczeni, zziębnięci i zawiani, wdrapali się po zrzuconej im linowej drabince. Tamci patrzeli na nich pytająco, ale słowa nie były potrzebne.
Lugia już dawno odleciała.
Znów im się wymknęła.

***


OGARNIĘTA FURIĄ MROCZNA LUGIA NISZCZY PETALBURG
- głosił nagłówek na pierwszej stronie wydanego nazajutrz Daily Hoenn. Ty z wściekłością zmiął gazetę w ciasno upakowaną kulkę papieru i rzucił do śmietnika. Właśnie wychodzili z jednego z mniejszych budynków organizacji Dana w Rustboro. To tu przetransportowano ich po nieudanej bitwie nad oceanem.
- Spieprzyłem! Znowu spieprzyłem! - pieklił się przybysz z przyszłości. Dan nie próbował go uspokajać, ani pocieszać. Wsiedli do zaparkowanego nieopodal czarnego sedana. Wyruszyli natychmiast. Lugia może i się wymknęła, ale jest osłabiona. Nie mogła odlecieć daleko po takim piekle, jakie urządziła w Petalburg City. Prawdopodobnie zaszyła się gdzieś w okolicy i liże rany...
...trzeba ją tylko odnaleźć.

Odcinek napisał spoconyzenek
  
szczegóły..
Otrzymano 1 Pok/ów:
Inaka
Rozwiń/Zwiń Sygnaturę



Wiek: 25
Posty: 9886
94 Pok/ów



Rozwiń/Zwiń






23 Wrz 2011 03:32
Część V
Iskra nadziei


- Myślisz, że to się uda?
- Musi. To nasza jedyna nadzieja, ostatnie akcje, którymi nadzorował Zespół Specjalny, spaliły na panewce. A uważam, że ten pomysł niedługo może okazać się genialny…

Dwójka mężczyzn weszła do ogromnego kompleksu laboratoryjnego. W pomieszczeniu pracowało mnóstwo naukowców, ponoć największych umysłów intelektualnych obecnego świata. Niezliczone białe fartuchy przemieszczały się, badając próbki, analizując dane, czy nawet konsultując swoje wątpliwości. Zdało się jednak zobaczyć, że dwójka mężczyzn, która weszła, była ubrana dość odmiennie. Normalne, codzienne ubrania były zagadkowym kontrastem w tutejszym miejscu…
- Co my tu właściwie robimy? – zapytał się jeden z nich, szatyn. Widać było po nim, że nie należy on do osób, które wolą siedzieć i główkować. Ostatnie dni przekonały go, że by wygrać z Mroczną Lugią, należy podjąć otwarte starcie. Szkoda jednak, że każde starcie kończy się zwycięstwem Mocy, zanim na dobre się rozpocznie.
Blondyn poprawił blond grzywkę, spoglądając na kolejne szklane pojemniki, w których przetrzymywane były coraz dziwniejsze próbki.
- Posiadając DNA Mrocznej Lugii bylibyśmy w stanie wytworzyć Lugię-klona. A kiedy udałoby nam się zamienić kilka wiązać w DNA może bylibyśmy w stanie wytworzyć nie Mroczną, a Świetlną Lugię…
- Świetlną? – wtrącił się szatyn, na co blondyn szybko zareagował:
- Świetlną, Jasną… Najprościej mówiąc, stworzylibyśmy idealne przeciwieństwo Mocy, które narodziłoby się, by walczyć z Mroczną Lugią. To na pewno daje nam większą szansę na zwycięstwo, niż walka z takim wiatrakiem. – blondyn dobitnie zaakcentował „takim”. Każdy jednak wiedział, że bez odpowiedniej broni nie ma co nawet mówić o cieniu szansy w walce z Mocą. Ostatnie próby pokazały, że nawet najbardziej wymyślne próby mogą się nie udać.
-A ci nowi? Coś powiedzieli? – zmienił temat brunet, zatrzymując się przy próbkach starożytnych jaj. Zdawało mu się, że jedno z nich się zatrzęsło.
- Jeden jest typowym wolnym strzelcem, a drugi – podróżnikiem z przyszłości. – wspomniał rozmówca, na co brunet zareagował śmiechem.
- Ciekawszej historyjki chyba nie mógł wymyślić. Ma jakiś wehikuł albo coś?
- Owszem, podobno ma. Ukryty.
Brunet ponownie parsknął śmiechem. Nieco opuścił głowę, łapiąc powietrze i starając się powrócić do normalnego, poważnego tonu rozmowy. Nie przychodziło mu to jednak łatwo.

- Wiesz, kogo zlokalizowano podczas przygotowań do obrony Petalburg? Nequel...– blondyn wymownie podniósł brwi, udając nieco zdziwionego. Brunet szybko się zmieszał.
- Nie, Hector, to niemożliwe. – mruknął, powracając spojrzeniem do jaj prehistorycznych pokemonów. – Ona zginęła podczas Pierwszej Wojny. Zniknęła, wyparowała. Sam pamiętasz, że nawet nie zlokalizowano ciała! – ostatnie zdanie zdawało się być zarzutem dla blondyna, który nie tracił spokoju i powagi.
- No właśnie, Nick. Nie znaleziono ciała, więc nie mogliśmy potwierdzić zgonu. A jak wyjaśnisz to, że pierwsza obrona Petalburg spowodowała, że Lugia musiała się oddalić na dwa dni?

Nicolas spuścił wzrok, będąc zawstydzonym dość pochopnym zarzutem. Ale osoba, o której mowa, dla niego zaginęła i nie było dla niej szansy powrotu.
- To już pięć lat… - mruknął cichszym głosem, jednak Hector szybko to usłyszał. Próbował nieco rozluźnić atmosferę:
- Pięć lat!? No, nie pomyślałbym, że to już aż tyle minęło! – zaśmiał się, uderzając dłonią w ramię towarzysza. Ten jednak nie zrozumiał intencji… Podniósł wzrok na szkło, oddzielające go od gniazda z jajami i ostrożnie położył dłoń na szkle. Zacisnął ją w pięść i uderzył w osłonę. Szkło było jednak solidne i po uderzeniu nie pojawiła się nawet najmniejsza rysa.

- To wszystko? – mruknął Nick, wpatrując się w jedno z ruszających się jaj.
- Nie, nie wszystko. Mam wobec ciebie pewne plany… - odpowiedział Hector, robiąc kilka kroków to w prawo, to w lewo. – Wspomnieliśmy już o tym, że Petalburg się broni. Planuję ciebie tam przydzielić, byś dowodził tamtą obroną. Norman wyraził już zgodę na to, by walczył u twojego boku.
- Norman… - zastanowił się Nicolas, starając się przypomnieć, kim jest osoba o tym imieniu. Przypomniał sobie. Przed pięciu laty, podczas podróży do Ligi Hoenn, walczył z nim. Walka była zacięta, ostatecznie zakończona zwycięstwem pretendenta. Ale trzeba wrócić do szarej, niezbyt bezpiecznej codzienności…


2 dni później…

- Jaki jest stan miasta? – głos Nicolasa zadźwięczał w mieście pełnym strachu i niepokoju. Współpracownik Hectora Windsora przechadzał się po mieście Petalburg, słuchając opowieści jego starego znajomego, a zarazem lidera miasta – Normana:
- Zniszczona została 1/4 miasta, zginęło ponad 300 osób. Kilkanaście osób współpracowało z wami, jednakże ich tożsamość nie została jeszcze ustalona. Do obrony miasta przybyło kilkanaście znanych osób, w tym kilku liderów. Czekają na jasne polecenia. – Norman wydawał się być nad wyraz spokojny, jakby uważał, że walka z Mroczną Lugią skończy się lada dzień.
- Żadnych rozkazów wydawać nie będę. Chcę tylko, byście główne siły skupili miejscu, w które może uderzyć Lugia. Sam również będę walczył. Dawno tego nie robiłem… - zadumał się młodzieniec, chcąc wspomnieć swoją ostatnią walkę. Co najwyżej, było to starcie treningowe.
- Zawsze możesz kogoś poprosić o walkę. Jestem ja, moje dzieci… Na pewno znajdziesz kogoś chętnego w mieście… - zasugerował Norman, jednak Nicolas mu przerwał:
- Nie, to będzie zbędne marnowanie sił. Wszystkie pokemony muszą być w jak najlepszej kondycji…
Nicolas również nie dokończył. Jego wywód przerwał odgłos syreny. Początkowe zdezorientowanie przerodziło się w niepokój. Nicolas i Norman dobrze wiedzieli, co oznacza ten alarm – kolejny atak Lugii…

***


Obrona Petalburga szła fatalnie – główne siły zostały rozproszone przez potężne Hiper Promienie, a na placu boju zostali już tylko podopieczni Nicolasa: Tropius, Alakazam i Altaria. Wszystkie trzy pokemony zdawały się być w kiepskim stanie, jednakże wszyscy doskonale wiedzieli, o co toczy się walka. Kiedy Altaria wzmacniała się kolejnymi Smoczymi Tańcami, Alakazam starał się osłaniać smoczycę. Tropius, z konieczności, pozostawał sam na placu boju i był niezwykle łatwym celem. Wystarczyła krótka chwila, aby on dołączył do grupy poległych pokemonów…
- Wytrzymajcie jeszcze trochę! – starał się umotywować Alakazama i Altarię Nick, ocierając pot z głowy. Młodzieniec wiedział jednak, że stoi na przegranej pozycji, chciał jednak wierzyć, że Lugia za chwilę odpuści. Mylił się…

Przy próbie wyprowadzenia kontruderzenia Altaria ucierpiała. Potężne Uderzenie Lugii zniosło ją na budynek Sali Lidera, niszcząc kompletnie pomieszczenie. Alakazam był bezradny. Również był łatwym celem…

Hiper Promień, który pokonał Alakazama, trafił również w ziemię przy Nicolasie. Ten, ratując się ucieczką, musiał odskoczyć w bok. Lugia wszystko widziała. Zdawałoby się nawet, że dokładnie to zaplanowała…
Niezwykle majestatycznie podleciała w pobliże swojego wroga. Zmierzyła go wzrokiem, traktując go jak ścierwo. Jeden podmuch skrzydłami spowodował, że w stronę Nicolasa poleciało mnóstwo kamieni, tych mniejszych i tych nieco większych. Cała natura zdawała się podporządkowywać woli potężnej Mocy…
Nicolas był bezradny. Czuł, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, aczkolwiek to było za mało. Lugia żyła, była potężna. Na tyle potężna, by zniszczyć kawał regionu jednym strzałem, mimo tego wolała się „pobawić” z ludzkością, patrzeć jak się z nią męczą…
Była niezwykle pewna siebie, co mogło być spowodowane mutacją.
- Żeby ją pokonać… - cedził przez zęby Nick, nie zwracając uwagi, że mówi sam do siebie. – Należy wejść do jej głowy… - dokończył i stanął w miejscu. Wierzył i wiedział, że to koniec. Był bezbronny, bezsilny. Lugia zniszczy go drobnym promieniem…
Widział, jak w pysku bestii zaczęła kumulować się energia. „Hiper Promień”, pomyślał Nicolas, godząc się ze swoim losem. „Przynajmniej odejdę podczas walki”, dodał, podnosząc głowę. Umrzeć godnie, z honorem, to marzenie każdego walczącego. Taki los za chwilę spotka jego…

Jednak nie do końca.

W momencie, kiedy Lugia wystrzeliła promień, Nicolas poczuł mocne szarpnięcie do tyłu. Na polu bitwy zrodziło się piekło – odłamki kamieni latały we wszystkie strony, a sam Nick tylko patrzył, będąc całkowicie bezradnym. Ktoś go gdzieś ciągnął…

- Chyba nie myślałeś, że dam ci umrzeć, hę? – usłyszał kobiecy, mocny głos. Obejrzał się w celu zlokalizowania tej, która go uratowała. Zauważył długie, rude włosy, sięgające do połowy pleców. Chciał coś z siebie wydusić, ale nie mógł. Wiedział, kto go uratował.
- Długo się nie widzieliśmy, braciszku.

Odcinek napisał Nolfaverll.
  
Rozwiń/Zwiń Sygnaturę



Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Mobilna wersja forum


Strona wygenerowana w 0,17 sekundy. Zapytań do SQL: 14